Ponad połowa wszystkich nowych ustaw i nowelizacji, które trafiają do polskiego Sejmu i Senatu, jest wymuszona zmianami w prawie unijnym. I w 75 procentach przypadków Europarlament maczał w tych zmianach palce!
Dlatego twierdzenie, że Parlament Europejski to nic nieznacząca instytucja jest błędem. I to błędem, którego konsekwencje możemy ponosić wszyscy - ramy prawne, wszystko to, co wpływa na firmy, w których pracujemy, uczelnie, w których się uczymy – jest zależne także od kilkuset polityków w PE. W uproszczeniu schemat wygląda następująco: aby nowe unijne dyrektywy i rozporządzenia weszły w życie, muszą się na nie zgodzić i Parlament Europejski, i Rada Unii Europejskiej. Obie instytucje mogą zmieniać projekty dyrektyw, które wypływają z Komisji Europejskiej. I jeśli się nie dogadają - projekt nowego prawa upada.
Jeśli chcemy, żeby obowiązujące w całej Unii Europejskiej (a więc także i u nas) przepisy nie były głupie, dokuczliwe w naszym codziennym życiu – musimy wybrać mądrze.
Na jesieni 2004 roku, w pierwszych „polskich” wyborach do Parlamentu Europejskiego, frekwencja była niewielka. A szkoda, bo wybrany wówczas Europarlament pozostawił po sobie wiele fundamentalnych zmian, których skutki będziemy odczuwać jeszcze przez kolejne dziesięciolecia.
Na ten temat czytaj tutaj.
foto: Andreas Tille