Słyszy się „trio” i wyczekuje pojawienia na scenie trzech osób. Jest jedna, a gdzie reszta? Otóż tuż obok niego, w postaci walizki i tamburynu, z których muzyk wydobywa niespotykane dźwięki.
Na tak frywolny pomysł nie mógł wpaść nikt inny, jak Jacek Kulesza, ekscentryczny artysta z Gdańska, od kilku lat jeżdżący po Polsce i prezentujący swe solowe pomysły na tworzenie muzyki. Jest to ten typ songwritera, który nie poprzestaje na skomponowaniu, nagraniu utworów na płytę (właśnie pracuje nad debiutancką) i odtwórczym powtarzaniu ich na koncertach. Będąc na scenie porywa gitarę i słuchaczy do żywiołowego tańca – dźwięku, pasji i muzycznego wyzwolenia. Burzy wszelkie granice istniejące między sceną a publiką.
Artystyczne doświadczenie wyniósł z dwóch zespołów, z którymi miał okazję współpracować i o których bardzo mile wspomina, walizkę znalazł na śmietniku, teksty utworów wypełnia najszczerszym przesłaniem miłości. O swym kanonie muzyka i pochłaniającej pracy nad płytą opowiada piotrkowskim słuchaczom.
Czym jest dla Ciebie muzyka, ponieważ patrząc na cuda, jakie potrafisz zrobić na scenie,wydaje się, iż jest całym Twym życiem.
Jacek: To jest dokładnie taka sytuacja: to jest bardzo szczere i na teraz, słuchajcie piotrkowianie, jedna ważna rzecz! Przyjechałem do Was na koncert „Tribute to Bob Dylan” i w tym momencie, przez okolice paru długich miesięcy (od sierpnia nagrywam płytę), zagrałem 4 koncerty, z czego jeden z nich tutaj. Kiedy pracuję nad płytą jest to dla mnie wielkie otwarcie, mówię o szczerym otwarciu serca w trakcie koncertu. Po pierwsze lubię to miejsce, bo czuję się w nim swobodnie, zagrałem tutaj parę koncertów, jest zawsze cudownie, niezwykłą mamy publiczność w tym pięknym mieście. Piotrków jest naprawdę super i czuję tylko jedną rzecz: że takiego czadu już dawno nie czułem! Jestem również inżynierem dźwięku, więc pracując nad moją płytą, siedzę przy komputerze non stop od sierpnia zeszłego roku. Nagrywam siebie i gości, których będę miał na albumie i tak rzadko wychodzę do ludzi z muzyką teraz... Trochę jak artysta malarz, który bardziej maluje dla siebie i tylko spotyka się na wernisażu, więc taki to dla mnie wernisaż dzisiaj.
Można w takim razie powiedzieć, że ludzie są Twoją siłą napędową?
Jacek: Absolutnie dla każdego muzyka na pewno tak. Ja jestem człowiekiem bardzo otwartym muzycznie i moja przestrzeń muzyki nigdy nie zamyka się w jakichś ramach. Jeżeli usiądę gdzieś z gitarą, to zadziała, a gdy usiądę gdzieś w dużym bandzie to też zadziała i jest naprawdę cudownie.
Miałeś kiedyś okazję grać w zespole, co jest dla Ciebie większym wyzwaniem: granie z pewną grupą ludzi, czyli wspólne komponowanie czy samodzielne tworzenie pewnych projektów?
Jacek: Otóż na pewno najtrudniejszą rzeczą jest działanie solo, ponieważ w zespole możemy się zawsze za kogoś dyskretnie schować. Jeżeli gramy samemu, to każdą rzecz można usłyszeć i powiedzieć: „Ej! Tutaj ściemniasz!”. Wtedy okazuje się, że bardzo łatwo to dostrzec, więc staram się, żeby takich rzeczy nie było słychać i myślę, że to jest trudniejsze. Największym wyzwaniem jest granie solo.
Jak to się stało, że odszedłeś z zespołu, nie tworzysz już z tymi ludźmi, z którymi nagrywałeś, zacząłeś samodzielną działalność. Czy właśnie to wyzwanie Cię pociągnęło?
Jacek: Wyzwanie jedno, po drugie zawsze czułem, że nie do końca mogę realizować swoje uczucia i swoje marzenia, więc odszedłem w momencie kiedy zespół nie do końca mi odpowiadał. Oczywiście kochałem je, bo w każdym z nich byłem po siedem lat! To jest jak bardzo zdrowy związek, każdy z nich Homosapiens – siedem lat, potem Von Zeit – siedem lat. Oh my God! To ile ja mam lat?
Może lepiej nie liczyć? (śmiech)
Jacek: Chyba nie, jestem tuż po liceum! (śmiech)
Mimo wszystko wydajesz się człowiekiem ciągle młodym i bardzo żywym, na scenie potrafisz stworzyć niezwykłe rzeczy z gitarą i innymi instrumentami. Co jest dla Ciebie inspiracją?
Jacek: Chyba po prostu spotkanie z ludźmi i te rzeczy, które chciało się kiedyś powiedzieć, na przykład smutna piosenka albo wesoła piosenka. Zawsze się miało ochotę na ten temat napisać i mogło się napisać. Wszystko się zmienia, kiedy Ty słuchasz, to Cię przeszywa trochę i w tym momencie to wraca do mnie. Pierwszy mój koncert wyglądał w ten sposób, że grałem sam spokojnie z gitarą i bardzo spokojnie śpiewałem. Ballady niemal i okazuje się, że wszystkie te piosenki są na mojej nowej płycie, która będzie dostępna w październiku. Po tych pierwszych koncertach nagle zrozumiałem, że tam jest większy power! Większa siła, większe kopnięcie i nagle zrozumiałem, że po prostu to wszystko może działać silniej, mocniej.
Czyli jednak muzyka i kontakt na żywo z ludźmi daje Ci siłę? Ponieważ grając, robisz to całym swoim ciałem.
Jacek: Tak! Uważam, że muzyka, to może słabe porównanie, ale dla mnie ważne, muzyka to seks!
Co mógłbyś powiedzieć na temat swej nowej płyty? Cóż to będzie za projekt, kogo do niego zaprosisz i czym nas, słuchaczy poczęstujesz?
Jacek: To jest wielki, wielki prezent dla wszystkich moich fanów, którzy od ponad sześciu, siedmiu lat już słuchają mojej muzyki na koncertach. Realizuję nagranie i realizuję swoje marzenie, więc w tym momencie po prostu daję Wam prezent, w którym zawierają się wszystkie moje barwy, tych wszystkich piosenek , które sobie wymarzyłem, wyśniłem. To są piosenki w aranżacjach z Tymonem Tymańskim na kontrabasie, gdzieniegdzie jest waliza i tamburyn, gdzieniegdzie jest sekcja dęta, która gra na przykład w zespole Mich&Mich, Ania Dąbrowska i są również bębny. Nagrywałem je z Marcinem Siuciakiem, Polakiem, który mieszka w Georgii od sześciu lat. On nagrywał je w Georgii i to przez Skype'a leciało, więc jakiś kosmos totalny! Oprócz tego na płycie jest jeszcze dwóch bębniarzy, bo postanowiłem też zamieścić kilku fajnych przyjaciół stąd i Marzena Sikała na skrzypcach, cudowna wiolonczelistka i parę innych smaczków.
Jak to się stało, że na scenie pojawiła się przy Tobie magiczna walizka, z której też miejscami płynie dźwięk?
Jacek: To się zdarzyło, kiedy zacząłem grać w bardzo starym mieszkaniu i tam były drewniane stropy, więc w momencie gdy uderzyłem raz nogą, mówię: „Ej! Co to za dźwięk?!” Kiedy grałem na gitarze i śpiewałem do mikrofonu nagle okazywało się, że moja noga, każde tupnięcie było słychać mocno, mocno basowo i zacząłem tego szukać. Właściwie to był jakiś szok, bo walizkę znalazłem na śmietniku i wziąłem ją na koncert! To był pierwszy koncert, kiedy nagłośniliśmy walizę i wszyscy byli w szoku .
Miałeś okazję grać na większym festiwalu, typu Open'er czy OFF Festiwal?
Jacek: Tak się składa, że na obu tych festiwalach nie grałem jeszcze solo, ponieważ miałem okazję występować na Open'er Festival z zespołem. Jednak grałem na pięknym festiwalu z Manu Chao we Francji, nazywał się „God save the crains” i to był naprawdę festiwal, na którym działy się piękne rzeczy. To są Francuzi, szaleni artyści! W ogóle nikt nie wiedział, że tam będzie Manu Chao. Okazało się, że dzień wcześniej ludzie roznieśli sobie ulotki: „Manu Chao o tej i o tej”.. a ja grałem tuż przed nim!
To chyba był zaszczyt?
Jacek: Tak! Cudowny wieczór.
Przyjemniej Ci się gra w mniejszych miejscach, gdzie kontakt z publicznością jest bliższy czy na większych imprezach, kiedy możesz poczuć się jak gwiazda, w pewien sposób odizolowana od publiczności?
Jacek: Uwielbiam czuć się jak gwiazda w szerokiej publiczności i uwielbiam czuć się jak gwiazda wśród swoich, czyli w małym miejscu, kiedy okazuje się, że: „Ej! Ten człowiek przykuwa uwagę, ten człowiek jest tu właśnie w środku”. Albo na wielkim festiwalu, gdzie możesz pozwolić sobie na wejście na jakąś balustradę i granie z niej. To jest cudowne!
Jak chciałbyś, żeby słuchacze odbierali muzykę, ponieważ czasami bywają z tym problemy.
Jacek: Nie mam czegoś takiego, jak kanon odbiorcy. Ja mam kanon muzyka, czyli muzyk, który sobie radzi w różnych sytuacjach oraz muzyk, który sobie nie radzi. To jest wielka odpowiedź, bo koncerty są różne, publiczność jest różna. Grałem dla małych dzieci, dla starszych dziadków i dla fanów piłki nożnej i tak dalej, i tak dalej.. i wszędzie było naprawdę super.
Czy w jakikolwiek sposób i czy kiedykolwiek miałeś okazję odczuwać przed zagraniem na żywo stres?
Jacek: Stres to jest taka rzecz, która trudno powiedzieć jak się nazywa...
Jest pewnym ograniczeniem?
Jacek: Tak, ale działa też tak, że otwiera na nietypową sytuację, więc działa bardzo inspirująco i...
Stymulująco?
Jacek: Tak, nawet czasem bardzo agresywnie! Korzystnie na scenie.
Jak chciałbyś zaprosić piotrkowian na swój, miejmy nadzieję kolejny koncert w naszym mieście?
Jacek: Przede wszystkim piotrkowian bardzo chcę zachęcić do kupna płyty, która pojawi się w październiku a zajmie się nią Reni Jusis. Mam nadzieję, że wielu ludzi pod swoimi strzechami będzie mogło sobie słuchać moich naprawdę cudnych piosenek.
Czy już wiesz jak ta płyta będzie się nazywać?
Jacek: Prawdopodobnie będzie to „Friend”, a singlem do niej będzie utwór „Kochaj!”.
Kilka słów w ramach pozdrowienia piotrkowskiej publiczności?
Jacek: Właśnie przejeżdża policja i w tym momencie mówię z ławeczki o godzinie drugiej w nocy: Bardzo Was serdecznie Jacek Kulesza zaprasza na odbiór płyty, która niedługo będzie w sklepie oraz na wszelkie koncerty w okolicy i przede wszystkim w Piotrkowie Trybunalskim. Pozdrawiam serdecznie, buziak!
Rozmawiała Magdalena Telążka
Fotografie: Mariusz Marchewa Marchlewicz